Zygmunt i Maria Olszowscy z córką JaninąZygmunt i Maria Olszowscy z córką Janiną
Zygmunt i Maria Olszowscy z córką Janiną i pointerem, rok 1900
(fot. ze zbioru Andrzeja Rogóyskiego)
W wydanym w 1843 r. „Dworze wiejskim” Karolina Nakwaska zżyma się na zwyczaj trzymania psów w domu: „Upodobanie trzymania psów w pokojach nie jest dobrem, tam osobliwie, gdzie są dzieci. Ileż przypadków ukąszenia, w stanie wściek­lizny! a do tego, jaki ciężar dla służących i ile nieczystości! Zdaje mi się, iż Bóg stworzył psa, aby był stróżem, sługą, obrońcą Pana; lecz nie dał mu go za towarzysza społecznego. Pies przy stole nie tylko nudzi i niepokoi obecnych, lecz i obrzydzenie sprawia. Trzymanie licznych psiarni, jak się to w licznych dworach widuje, jest prawdziwie kosztownem. Ileż razy o­dejdzie ubogi bez pomocy tam, gdzie smycze w zbytku chowane!” Żywe oburzenie Nakwaskiej każe nam się domyślać, że krytykowane przez nią obyczaje były raczej regułą niż wyjątkiem. Psiarnia przez­naczona dla myśliwskiej sfory, na którą tak pomstuje Nakwaska, była odrębnym budynkiem z własnym wybiegiem, otoczonym szczelnym i wysokim parka­nem. Podłogę psiarni radzono wyłożyć kamieniem i cegłą tak, by obniżała się stopniowo ku biegnącemu środkiem kanałowi, służącemu do odprowadzenia nieczystości, dzięki czemu można było łatwo spłukiwać ją wodą. Psie posłania umiesz­czano na drewnianych ławach wykładanych słomą, zawieszo­nych jakieś 15 cm nad ziemią, co chroniło zwierzęta przed wilgocią. Pomieszczenia przeznaczone dla psów hodowlanych (bo też niektóre majątki ziemskie specjalizowały się w hodowli psów – najczęściej myśliw­skich – określonej rasy: foksterierów, pointerów czy springer spanie­li) musiały spełniać bardziej wyśrubowane wymagania – konieczne na przykład było ich ogrzewanie w silne mrozy, tak by temperatura wewnątrz nie spadała poniżej 5 stopni Réaumura (czyli ok. 6 stopni Celsjusza). Tam, gdzie zadowalano się jednym, wiernym wyżłem, pies myśliwski często sypiał w tym samym pokoju, co właściciel, tam też dostawał z ręki swego pana jedzenie i poddawany był wstępnej tresurze, z chwilą rozpoczęcia której Włodzimierz Korsak radził myśliwemu nie rozstawać się podopiecznym ani na minutę. Nic dziwnego, że ziemianie mocno zżywali się ze swymi psami, które towarzyszyły im na każdym niemal kroku i z którymi spędzali rzadkie godziny wytchnienia od gospodarskich obowiązków, pełne ekscytujących wrażeń i na długo pozostające w pamięci. Śmierć ukochanego kompana polowań opłakiwano nieraz jak stratę członka rodziny, byli nawet i tacy, którzy – jak dziedzic Lasochowa, Antoni Grabowski – stawiali szczególnie zasłużonym i oddanym przyjaciołom nagrobki. Taki trzymany w domu, stale będący w pobliżu swego opiekuna pies żywiony był zwykle odpadkami z pańskiego stołu (choć autorzy poradników radzili unikać przypraw i soli). Podobnie karmiono rozpieszczane pieski pokojowe, którym jednak częściej trafiały się także różne łakocie jak ciastka czy czekolada. Psy myśliwskie i podwórzowe jadały skromniej: zalecaną w XIX w. dla nich karmą była osypka owsiana zaparzona wrzątkiem i wymieszana z kuchennymi pomyjami i wywarem z nóg baranich. W dwudziestoleciu międzywojennym wskazówki dotyczące żywienia psów były już bardziej szczegółowe, obfitując w rozróżnienia poszczególnych składników paszy (jak białka, tłuszcze, sole mineralne, witaminy itp.) i opisy ich wpływu na kondycję zwierzęcia. Zasadność udzielanych rad po­twier­dza­ły teraz już nie doświadczenia autora poradnika, lecz badania naukowe. I tak norma dzienna dla wyżła według Trybulskiego (za Meguinem) to 750 gr chleba, 300-350 gr mięsa oraz 200 gr kaszy (ryżu) i jarzyn.

Nagrobek psaNagrobek psa
Nagrobek ulubionego psa myśliwskiego Antoniego Grabowskiego, postawiony w lasochowskim parku nieopodal dworu

O popularności danej rasy decydowała nie tylko moda, lecz – przede wszyst­kim – walory użytkowe. Przykładowo w II poł. XIX w. w majątkach zie­miańs­kich coraz rzadziej spotyka się niezwykle wcześniej rozpowszechnione w szlacheckich obejściach polskie charty czy ogary (co też doprowadziło koniec końców do niemal całkowitego zaniku obu ras, z trudem odtworzonych w latach powojennych). Spadek popularności obu typów psów myśliwskich wytłumaczyć można tak przemianami gospodarczymi, związanymi z uwłasz­cze­niem chłopów, które wymuszają na dworach nieraz daleko idące oszczęd­ności, jak i rozpowszechnieniem się udoskonalonej broni palnej, co pociągnęło za sobą zmiany w stylu łowów. W rezultacie tak charty, widowiskowo ścigające zdobycz, jak i sfory psów gończych, pełniące rolę naganki, stają się zarazem mało przydatne i zbyt kosztowne w utrzymaniu. Wydatki na psiarnie wzrosły jeszcze po wprowadzeniu na ziemiach Królestwa Polskiego podatku od char­tów i ogarów, mającego na celu ograniczenie aktywności łowieckiej szlachty, której efektem był stopniowy spadek pogłowia dzikich zwierząt. Że decyzja ta nie była bezzasadna, niech świadczy krytyczny głos Władysława Gniewosza, autora „Słówka o myślistwie”, który nie szczędzi ostrych słów pod adresem obu wymienionych ras, dowodząc, że psy te, zbiegłszy w czasie polowania właścicielowi, potrafią wyrządzić znaczne szkody, płosząc i trzebiąc zwierzynę.

Miejsce rodzimych ogarów w wielu majątkach zajmują z czasem angielskie rasy psów gończych – łaciate foxhoundy i harriery – niezastąpione w modnych polowaniach par force. Pozorna to sprzeczność, trzeba bowiem uwzględnić, że zdążył zmienić się sposób i cel polowania, gdyż, jak zauważa Rewieński, „gronu myśliwych, pędzących na dzielnych koniach za psami, nie chodzi wcale o comber zająca na rożnie, bo zgoniony zając w jednej chwili zostaje przez psy rozszarpany, ale tylko o wykazanie dzielności koni”.
Polowanie z wyżłemPolowanie z wyżłem
Prezydent RP Ignacy Mościcki na stanowisku w towarzystwie łowczego i wyżła
(fot. z zasobów Narodowego Archiwum Cyfrowego)
Typem psów, który w XIX w. zdobywa ogromną popu­larność, jest wyżeł, zwany także legawcem, „ponieważ – objaś­nia Rewieński – skradając się ostrożnie do lotnej zwierzyny, przylega przed nią, jakby starając się ukryć i nie spłoszyć jej przedwcześnie”. Wystawianie zwierzyny w ten niewidywany już dziś sposób było istotne w epoce, kiedy na drobne ptactwo (kuropatwy, przepiórki, dubelty, kszyki) polowano podkradając się niepostrzeżenie i za­rzu­ca­jąc nań z góry sieci. Używano też wyżłów w dawnych polowaniach z sokołami, gdzie zadaniem psa było wy­pło­sze­nie ptaka, stanowiącego cel ataku sokoła. Wyżeł jako typ psa myśliwskiego istniał zatem przed XIX w., ale, cytując Rewieńskiego, „nabrał wielkiego znaczenia w my­śliw­stwie, dopiero w bieżącem stuleciu, gdy dosyć już udo­sko­nalona broń palna, chociaż jeszcze skałkowa, dała się użyć i w łowiectwie.” Od tego momentu zadaniem to­wa­rzy­szą­ce­go myś­li­we­mu wyżła jest wystawienie zwierzyny, na dany znak wy­pło­sze­nie jej, a następnie przyniesienie ubitej strzałem sztuki. W ty­po­wo an­giel­skich polowa­niach z pointerami pies nie apor­to­wał ptaka, lecz od razu ruszał szukać kolejnych, uk­ry­tych w za­roś­lach kuropatw. Za­da­nie odnajdywania i odnosze­nia myśliw­skich trofeów przypadało w udziale retrieverom, które na zie­miach polskich były jednak nieliczne, tak jak sto­sun­ko­wo rzad­ko spotykane były inne, wysoko wys­pec­ja­li­zo­wa­ne an­giel­skie rasy psów myśliwskich jak choćby setery (uży­wane po­dob­nie do pointerów w polowaniach na kuropatwy, ale na pod­mok­łym terenie) czy spaniele (z którymi wyprawiano się na bekasy czy kaczki), Polacy preferowali bowiem bardziej wszech­stronne wyżły. I wysoko je cenili. Pisał w swoim dziełku poświęconym myślistwu Kurowski: „Dobrym strzelcem może być tylko ten, kto ma wzrok dobry, wytrwałe nogi, strzelbę dobrą, a mianowicie dobrego wyżła, bo od [tego] ostatniego wszystko zależy”. Korsak nieomal stawia wyżła na piedestale, twierdząc, że jest to „najbardziej rozwinięta psia rasa, o głębokiej inteligencji, granic której zbadać nie jesteśmy w możności”. Wtórując mu, tak krytyczny w stosunku do ogarów i chartów Gniewosz określa wyżła mianem „najszlachetniejszego z psów”, pod tym jednak warunkiem, że jest dobrze wyszkolony i prawidłowo użytkowany. Bo też jedną sprawą było uzyskanie obiecującego miotu lub kupno dobrze zapowiadającego się psa określonej rasy, drugą zaś – jego tresura. Nie była to sprawa łatwa, gdyż odpowiednie ułożenie młodego psa jest pracą mozolną, na którą wiecznie zajęty swym gospodarstwem ziemianin po prostu nie chciał marnować czasu. Stąd, jak pisał z niezadowoleniem Rewieński, „[n]a stu takich którzyby tego próbowali, siedmdziesięciu pięciu psa zepsuje na nic, a reszta zniechęci się do psa i do polowania. Pozostają układający psy z rzemiosła; takich albo nie posiadamy wcale, albo zupełnie nieodpowiadających zadaniu; są to zwykle gajowi, t. zw. strzelcy, ludzie o bardzo niedostatecznym wykształceniu umysłowem, nie posiadający innych wiadomości nad bezmyślną rutynę, wierzący niezachwianie we wszechpotęgę bata i kolczatych korali,” krótko mówiąc ludzie, którzy nie tylko nie spełnią pokładanych w nich nadziei, ale całkiem zmarnują tak obiecujące i nieraz nabyte za duże pieniądze zwierzę. „Położenie zaiste smutne i śmieszne zarazem – komentował Rewieński; – polować z wyżłem chcemy, wyżły posiadamy, ale ułożyć ich nie umiemy i czasu na to nam braknie; powierzyć zaś układania nie mamy komu.” Patowa ta sytuacja niewiele się zmieniła na przestrzeni lat, bo, jak wspomina Jerzy Jerzmanowski, aż do II wojny światowej w Kielcach nie było zawodowego tresera psów myśliwskich i amatorzy polowań musieli układać swe wyżły czy norowce we własnym zakresie. Najwięksi oryginałowie stosowali przy tym nietypowe metody – przykładowo Sergiusz Niemojewski miał trenować swoje dzikarze w otoczonym palisadą okólniku, do środka którego wpierw wpuszczany był dzik, a następnie w towarzystwie swych psów „wkraczał [sam] Niemojewski z naganem w jednej i kordelasem w drugiej ręce”. Choć całość szkolenia ubezpieczał Czerkies czuwający z strzelbą na ogrodzeniu, była to procedura niezwykle ryzykowna, nieraz kończąca się okaleczeniem, a nawet śmiercią psów, a i sam Niemojewski swej dezynwoltury raz omal nie przypłacił zdrowiem, a kto wie czy nie życiem. Po tym wypadku pan na Podzamczu zrezygnował z tych wprawdzie przy­no­szą­cych mu sławę, ale jednak skrajnie niebezpiecznych popisów.

Zabawa z psemZabawa z psem
Pianista Z. Przeorski bawi się z psem przed dworem Józefa Mehoffera
w Jankówce, lata 30. (fot. z zasobów Narodowego Archiwum Cyfrowego)
W sukurs nie mogącym skorzystać z pomocy specjalistów myś­li­wym szły różnorodne poradniki, udzielające wskazówek jak ułożyć charta, no­row­ca czy „wyżła dowodnego”. Obok tych ksią­żek pojawiają się i inne, trak­tu­ją­ce ogólnie o opiece i tresurze psów, w których oprócz opisu nauki podstawowych komend jak siadanie, warowanie czy aportowanie, moż­na znaleźć rady jak nauczyć pupila skakania przez laskę czy obręcz, ki­cha­nia na rozkaz bądź „liczenia”. „Wszystkie te sztuczki są na oko za­baw­ka­mi bez wartości praktycznej” komentował Ernst von Otto, w rze­czy­wistości jednak okazują się one nad wyraz przydatne, zacieśniając więź między właścicielem a jego psem, który „rozumie dokładnie głos, ton, nawet każdy ruch swego pana, o czem niesłusznie się mówi, że ro­zu­mie każde nasze słowo.” O ile jednak w książkach poświęconych ujeżdżaniu koni jak mantra powtarza się teza o pamiętliwości koni i konieczności łagodnego obchodzenia się z nimi, przy tresurze psów w razie nie­su­bor­dy­na­cji zalecane są kary fizyczne: potrząśnięcie krną­brnym de­li­kwen­tem czy uderzenie batem (nie wolno jednak dać unieść się gniewem – kopnięcie psa czy wytarganie go za uszy przynosi ujmę właścicielowi, który nie umiejąc zapanować nad sobą, ulega niskim i godnym potępienia popędom). Należało przy tym prze­strze­gać kilku podstawowych zasad, a mianowicie „w udzielaniu nagród, to jest piesz­czot i przysmaków [pod tym ostatnim ter­mi­nem kryje się u Re­wień­skie­go kawałek bułki lub chleba] być osz­częd­nym, w wymierzaniu kary nader oględnym, ale zawsze pos­ta­wić na swojem i nie puścić płazem żadnego nieposłuszeństwa.”

W majątkach ziemiańskich prócz myśliwskich psów rasowych trzymano także użyteczne mieszańce czy to w charakterze podwórzowych stróżów, czy psów pasterskich (trzeba bowiem pamiętać, że jesz­cze w dwudziestoleciu międzywojennym powszechnie hodowano, także i na kielecczyźnie, owce). W tym ostatnim wypadku za­le­ca­no psy „koloru białego, z głową małą, spiczastą”, wystarczająco duże i silne, by mogły „oprzeć się wilkowi”, a przy tym posłuszne i łagodne względem owiec. Stróżujące brytany były z kolei, ciągle cytując Jana Sikorskiego, „okazałe, wielkie i silne, głowę mają grubą, wargi górne obwisłe, oczy czarne, iskrzące, uszy krótkie, wiszące, włos gładki, słuch ostry, powonienie zbyt czułe, głos silny, gruby i donośny”. Pokrój psa stróżującego czy pasterskiego liczył się zdecydowanie mniej niż w przypadku reprezentacyjnych psów myśliwskich, chowanych po dworach z należytą atencją i dbałością o czystość rasy, stanowiącą gwarancję nie tylko przy­dat­ności, ale i urody psa (rzecz niemałej wagi podczas tak ważnych dla ziemiaństwa imprez towarzyskich, jakimi były polowania). Trybulski w swoim „Psie gospodarskim” wychwala więc zalety wiejskich kundli, które w opinii autora mogłyby dać początek nowej rasie psa podwórzowego „bardziej użytecznego niż osławione rasy psów zagranicznych”. Pies gospodarski to pies dobrze wypełniający poruczone mu zadania, rasowy czy nie. Jeśli rasowy – to owczarek niemiecki, ewentualnie sznaucer, najlepiej jednak rodzimy owczarek polski (podhalański lub nizinny). Owczarek podhalański był zresztą mocno promowany po odzyskaniu nie­pod­leg­łości jako rasa bez mała „narodowa”. 

Piesek pokojowyPiesek pokojowy
Piesek Elżbiety de Vaux z Lanckorońskich, ok. 1863 r.
(fot. z zasobów portalu polona.pl)
Co oczywiste, spotykało się też we dworach pieski pokojowe, głównie ulu­bieńców pań (stąd Rewieński określa ten rodzaj niewielkich psów mianem „piesków damskich”), ale nieraz i wiernych towarzyszy pa­nów (zwłaszcza gdy chodziło o większe pinczery, bulteriery, dalma­tyńczyki czy słynące ze swej inteligencji pudle). Jeśli jednak przy wyborze psa stróżującego brano pod uwagę głównie walory użytkowe, zaś nabywając psa myśliwskiego u­względ­nia­no po części tak przydatność jak i czystość rasy, a po części i panującą aktualnie modę (nie tyle może na psy, co na styl polowania), to przy kupnie pieska pokojowego moda panowała niepodzielnie. „Przed dwudziestu na­przyk­ład laty – wspomina w 1893 r. Rewieński – można było widzieć na ulicach Warszawy bardzo wiele prowadzonych pod czupraczkami na spacer charcików (lewretek) [czyli charcików włoskich, przyp. autorka]; dziś znikły ono prawie zupełnie, a ich miejsce zastąpiły spasłe mopsiki.” Cavalier king charles spaniele (zwane przez Re­wień­skie­go wyżełkami angielskimi) oddały pole pinczerom, pokojowe szpice niemal całkiem wyginęły, za to pojawiły się – rzadkie jeszcze z uwagi na kłopotliwość pielęgnacji – „halifax terriers’y” (czyli dzisiejsze yorki), „potworne długością swego włosa”, oraz Skye teriery. O ile dobrego psa myśliwskiego można było nabyć w Królestwie Polskim, o tyle po domowego pieszczocha wymarzonej rasy należało się udać za granicę: po Cavalier king charles spaniela – do Berlina lub Frankfurtu nad Menem, po japońskiego china – do Stuttgartu lub Gohlis pod Lipskiem, a po po­ko­jo­wego szpica – do Leonbergu. Jedynie szczenię mopsa, w końcówce XIX stu­le­cia bardzo już popularnego, można było bez większych trudności zakupić w kraju. W dwudziestoleciu międzywojennym hodowano w Polsce głównie pekińczyki, a także buldożki francuskie, gryfoniki brukselskie i ratlerki. Z psów myśliwskich prym w liczbie tak wystawowych egzemplarzy jak i hodowli wiodły pointery, popularne były też foksteriery (głównie szorstkowłose) i wyżły niemieckie, dalej setery angielskie i irlandzkie, wreszcie spaniele (trzymane głównie jako psy pokojowe) oraz jamniki. Z psów obronnych hodowano głównie dogi, boksery, dobermany i airedale teriery. W katalogach wystaw z 1931 i 1937 r. można znaleźć także reprezentantów mniej popularnych owczarków alzackich, szkockich i francuskich, buldogów, terierów szkockich czy pudli. Nie znaczy to, że inne rasy były w Polsce zupełnie nieznane – Maurycy Trybulski w swoim opracowaniu „Psy: rasy, hodowla, tresura i leczenie” wymienia choćby egzotyczne chow-chowy, dogi tybetańskie czy pieski hawańskie.

Moda dyktowała nie tylko wybór rasy psa, ale i imienia. W książce Mai Łozińskiej można znaleźć szereg nazw tradycyjnie nadawanych psom, zależnie od rasy, przeznaczenia czy temperamentu. I tak: psy gończe (z uwagi na ich śpiewne, porównywane przez współczesnych do muzyki, szczekanie, którym goniły zwierzynę) wołano Dobosz, Zagraj, Dyszkant, Kantor, Tenor, Słowik, Cymbał, Hałas, Ucich (Rewieński dodaje: Szumlas, Fagot, Śpiewaj, Stogłos); charty – Doskocz, Capaj, Łapaj; a podwórzowe kundle – Rozbój, Załeb, Ścinaj, Zadaj, Zagryz. Sukom przypadały w udziale łagodniej brzmiące imiona jak Lutnia, Lotka, Kabza, Duda czy Chwytka. Obok tych swojsko brzmiących nazw już pod koniec XIX w., na fali ogólnej anglomanii, która wymiotła imiona o proweniencji francuskiej (typu Azory, Medory, Amory), popularne stały się takie zawołania jak Lord, Rolf, Fox, Czum (od ang. chum), Boy czy Black.

Bibliografia:
Gniewosz, W. (1874) Słówko o myśliwstwie. Brosz. 2, (Nieco o psach). Brody: Księg. J. Rosenheima
Jerzmanowski, J. (1987) Wśród myśliwych przed półwiekiem. Warszawa: Czytelnik
Katalog Dorocznego Pokazu Psów Rasowych w Warszawie w dn. 8, 9 i 10 maja 1937 r. Warszawa : Druk. Artystyczna
Katalog Wystawy Psów Rasowych w Warszawie w dn. 8, 9 i 10 maja 1931 r. Warszawa: Druk. Artystyczna
Korsak, W. (1922) Rok myśliwego. Rzecz dla myśliwych i miłośników przyrody. Poznań: Książnica Narodowa M. Niemierkiewicza i Sp. i Wielkopolska Księgarnia Nakładowa K. Rzepeckiego
Łozińska, M. (2010) W ziemiańskim dworze. Codzienność, obyczaj, święta, zabawy. Warszawa: PWN
Nakwaska, K. (1843) Dwór wiejski. Dzieło poświęcone gospodyniom polskim, przydatne i osobom w mieście mieszkającym. Przerobione z francuzkiego pani Aglaë Adanson z wielu dodatkami i zupełnem zastosowaniem do naszych obyczajów i potrzeb, przez Karolinę z Potockich Nakwaską, w 3 Tomach. Poznań: Księgarnia Nowa
Otto, E. von (1929) Pies domowy. Opieka, wychowanie i tresura. Warszawa: Towarzystwo Wydawnicze Rój
Rewieński, S. (1893) Pies, jego gatunki, rassy, wychów, utrzymanie, użytki, układanie, choroby i ich leczenie. Warszawa: Gebethner i Wolff
Sikorski, J. (1856) Ziemianin czyli łatwy sposób powiększenia dochodów za pomocą wiejskiego gospodarstwa: praktyczne podręczne dziełko, obejmujące treściwe wiadomości o rolnictwie, o hodowli wszelkiego rodzaju domowych zwierząt, ich chorobach, leczeniu; o pszczołach, etc. etc.; tudzież zbiór mało dotąd znanych, lub zupełnie nowych zaradczych w domowem gospodarstwie środków. Wilno: Nakł. autora. Druk. Józefa Zawadzkiego
Trybulski, M. (1928) Psy: rasy, hodowla, tresura i leczenie. Warszawa: Księgarnia Rolnicza
Trybulski, M. (1935) Pies rasowy i jego hodowla w Polsce. Warszawa: Polski Związek Hodowców Psów Rasowych
Trybulski, M. (1937) Pies gospodarski. Warszawa: Wydawnictwo Towarzystwa Oświaty Rolniczej - Księg. Rolnicza
Projekt, wykonanie, teksty i zdjęcia (jeśli nie zaznaczono inaczej) © Anna Stypuła
Wszystkie prawa zastrzeżone