DyscyplinaDyscyplina
Dyscyplina
W większości rodzin ziemiańskich model wy­cho­wa­nia dzieci można określić jako pat­riar­chal­ny z nie­kwes­tio­nowaną pozycją ojca, od­leg­łe­go od dziecinnego świata autorytetu, który ro­dzi­ciel­skie obowiązki po­dej­mował dopiero po osiągnięciu przez syna (wy­cho­wanie córek pozostawało w ges­tii matki) stosownego wieku, jakim było ukoń­cze­nie 5-7 roku życia. A i wtedy rzadko kiedy miał czas dla swojego potomka: za­przą­tały go prace gospodarskie, sprawy majątkowe czy dzia­łalność polityczna bądź społeczna. Wychowaniem dzieci zajmowały się więc matki, ale i one w wielu wy­pad­kach większość obowiązków cedowały na służ­bę: nia­nie, bony i guwernantki. Im większy był dwór, a tym samym i wyższy poziom życia, tym bardziej od­se­parowany był świat dziecka i rodziców: powierzone baczeniu opiekunek i nauczycieli dzieci miały do swej dyspozycji własne pokoje, zazwyczaj umieszczone w innej części domu niż pomieszczenia reprezentacyjne czy pokoje starszych członków rodziny, toteż matkę i ojca widywały właściwie tylko przy posiłkach. Ale i do wspólnego stołu były dopuszczane dopiero wówczas, gdy były na tyle duże, by dostosować się od obowiązujących przy nim zasad, bowiem, cytując Dobrochnę Kałwę: „[i]deałem było dziecko, które «widać, lecz nie słychać»”. W małych i średnich dworach sfery życia młodszego i starszego pokolenia z konieczności zachodziły na siebie i dzieci częściej niż w arystokratycznych siedzibach uczestniczyły w życiu i rozrywkach dorosłych: wspólnym muzykowaniu czy lekturze. W obu przypadkach dziecko uczone było jednak bezwzględnego posłuszeństwa i szacunku wobec starszych: nie wolno mu było pierwszemu zabierać głosu, a odchodząc od stołu obowiązane było ucałować rodziców w rękę. Nawet bardziej liberalni rodzice, jak pisze Anna Pachocka, nie rezygnowali zupełnie ze stosowania kar, częściej jednak przyjmowały one łagodniejszą formę niż wymierzane w tradycyjnie staropolskich domach rózgi: dzieci rozstawiano po kątach, kazano im klęczeć na grochu czy kaszy lub zamykano w ciemnym pokoju. Także i sto lat później, w dwudziestoleciu międzywojennym, kary cielesne, jak pisze Iwona Kienzler, uchodziły za całkowicie naturalny i pożądany środek wychowawczy. Nowatorskie koncepcje Korczaka, głoszącego idee wychowania opartego na partnerstwie i respektowaniu godności dziecka, rozbijały się o mur tradycyjnie pojmowanej dyscypliny, której orędownikiem był także Kościół katolicki.

Nie znaczy to bynajmniej by dzieci były traktowane jako „dopust boży”. Przeciwnie – narodziny dziecka były wydarzeniem ważnym i wyczekiwanym, a brak potomka uchodził za przejaw braku łaski bożej, o którą zabiegano czyniąc donacje na rzecz kościoła i ofiarowując wota. Zbliżające się przyjście na świat nowego członka rodziny budziło wszakże nie tylko nadzieję i radość, ale także niepokój. Choć w XIX wieku na skutek postępu medycyny i higieny spadać zaczęła liczba zgonów tak dzieci jak i kobiet w czasie rozwiązania i połogu, nadal poród był niebezpieczny tak dla życia matki jak i noworodka. Stąd, w obawie, by dziecko nie zmarło nim nie zostanie włączone do wspólnoty chrześcijan, wielu oseskom udzielano dwóch chrztów: pierwszy, z wody, odbywał się tuż po przyjściu na świat i udzielić go mógł którykolwiek z domowników, także służący, drugi natomiast, oficjalny, urządzany był z udziałem rodziców chrzestnych w kościele.

Karmienie niemowlęcia powierzano mamce. Była to najczęściej kobieta ze wsi, którą starannie wybierano biorąc pod uwagę jej wiek (nie powinna przekroczyć 30. roku życia), wygląd (powinna być zdrowa, krzepka, wolna od wad dziedzicznych), stan cywilny (preferowano ustatkowane mężatki), a nawet usposobienie (wierzono, że mleko złośliwych i kłótliwych niewiast może zagrozić zdrowiu i życiu dziecka). Pozycja mamki, jedynej żywicielki niemowlęcia, była jednak na tyle wysoka, że często wykorzystywana: niejednokrotnie zdarzało się, że mamka uciekała się do szantażu, a że u zirytowanej mamki pokarm, jak pisze Elżbieta Kowecka, „mógł się wzburzyć”, co mogło odbić się na kondycji dziecka, przeto zazwyczaj ustępowano jej we wszystkim. Tym mamkom, które wywiązywały się ze swych obowiązków bez zarzutu, zapewniano niejednokrotnie spokojną starość, często wyposażając także mleczne rodzeństwo panicza czy panienki.

Córki GrabowskichCórki Grabowskich
Córki Antoniego i Zofii Grabowskich, Zdzisława i Maria
(fot. udostępniona przez Kazimierza Bąka)

Kolejną osobą w życiu ziemiańskiego dziecka była piastunka, nie­wias­ta starsza wiekiem, najczęściej z gminu i – w przeciwieństwie do mamki – często zżyta od lat ze dworem, bo wychowująca po kolei przy­cho­dzą­ce tutaj na świat dzieci. Jeśli niania miała szczególnie szczęśliwą rękę „wypożyczano” ją do dworów, gdzie potomstwo źle się chowało. Takie piastunki rodzice darzyli zaufaniem, a dzieci – miłością, niemniej re­la­cja dziecko-niania nie zawsze uz­na­wana była za przynoszącą jedynie korzyści. Autorzy poradników wska­zy­wali, że pańskie dziecko może nauczyć się przy swojej opiekunce mówić gwarą czy nabić sobie głowę różnymi ludowymi bajdami o strachach, strzygach i upiorach. Starano się więc zapewnić dziecku towarzystwo osoby, która od najmłodszych lat dbałaby o wyrabianie u potomka odpowiednich nawyków, prezencji i właściwego sposobu wysławiania się – nie tylko w języku polskim, ale także – a częstokroć nawet i przede wszystkim – francuskim. Stąd kil­ku­let­nie dzieci powierzano opiece bony – czuwała ona nad zachowaniem dziec­ka, jego ubieraniem, zabawą, jedzeniem czy higieną. Bona, w prze­ci­wień­stwie do mamki czy piastunki, musiała się wykazać od­po­wied­ni­mi kwa­li­fi­ka­cjami. Wybierano więc na bony kobiety z wyższych sfer, najlepiej pochodzące z krajów francuskojęzycznych, co dawało dziecku możliwość przyswajania ówczesnej linguae francae już od najmłodszych lat. Anna Pachocka wspomi­na, że częste były przypadki, gdy dziecko, nauczane wyłącznie po francusku, sprawniej posługiwało się tym językiem niż mową ojczystą, co stało się w XIX wieku tematem wielu polemik i szerokiej krytyki ze strony zatroskanych o utrzymanie ducha polskości patriotów.

Większość dzieci ziemiańskich uczyła się w domu. Zwyczaj zatrudniania domowego nauczyciela utrzymał się w bogatych dworach aż do roku 1939, szczyt jego popularności w środowisku obywateli ziemskich przypada jednak na wiek XIX, gdy nauka pobierana w domu postrzegana była jako element wychowania patriotycznego, chroniący zarazem dziecko w pierwszych latach życia przed zgubnym wpływem indoktrynacji zaborców, germanizacją i rusyfikacją prowadzoną za pośrednictwem oficjalnych placówek oświatowych. Nie bez znaczenia pozostawał fakt, że wiejskich szkół było mało, te zaś, które istniały, miały zwykle dwie podstawowe wady: niski poziom nauczania i nieodpowiednie dla paniczów i panienek towarzystwo włościańskiej dziatwy. W gorzej sytuowanych dworach, które nie mogły pozwolić sobie na zatrudnienie prywatnego pedagoga, lekcji, zwłaszcza na wczesnym etapie edukacji, udzielała matka, w realiach popowstaniowych zaś, jak pisze Aneta Bołdyrew, udział matki w nauczaniu potomstwa był wręcz zalecany jako gwarancja wpojenia dzieciom wartości patriotycznych. O wyborze kandydata na stanowisko guwernera decydowały nie tylko jego kwalifikacje formalne, ale także nienaganna postawa moralna i polityczna, stąd ważnym źródłem informacji stawały się osobiste rekomendacje czy opinie innych członków ziemiańskiego kręgu towarzyskiego. Chłopcy pobierali nauki u metra – najczęściej studenta, który zdobywał w ten sposób pieniądze na kontynuację nauki, lub absolwenta uniwersytetu, dopiero rozpoczynającego swoją karierę zawodową. Jak pisze Elżbieta Kowecka wielu spośród wybitnych polskich uczonych zaczynało swoje dorosłe życie od nauczania magnackich czy szlacheckich synów. O ile młodzież męska odbierała staranne wykształcenie, które otwierało jej – po zdaniu egzaminów wstępnych – drogę do dalszej edukacji, najpierw w szkołach publicznych, później na którejś z wyższych uczelni, o tyle długo nie uznawano za konieczne dalszego kształcenia dziewcząt. Sytuacja zaczęła się zmieniać w dobie kryzysu gospodarczego lat międzywojennych, kiedy, jak pisze Mieczysław Markowski, ziemiańskie córki, ukończywszy szkołę średnią, starały się kontynuować naukę na uczelni wyższej, niechętnie wracając z miasta na wieś. W wieku XIX guwernantki, którym oddawano pod opiekę dziewczęta, miały za zadanie jedynie nadanie pannie odpowiedniej ogłady i prezencji, czy też – najogólniej mówiąc – wyrobienie pewnych umiejętności towarzyskich, określanych jako wychowanie salonowe, nie zaś kształcenie w ścisłym tego słowa znaczeniu. Panna z dobrego, ziemiańskiego domu musiała zatem umieć konwersować po francusku, najlepiej także w innym języku obcym – angielskim, niemieckim czy włoskim, grać na jakimś instrumencie, tańczyć, rysować, wreszcie: wykonywać drobne robótki ręczne. Jeśli rodzice pragnęli zapewnić córce lepsze wykształcenie, a nie stać ich było na zatrudnienie wysoko wykwalifikowanej guwernantki, starali się nadrobić braki w edukacji panny podczas wyjazdów do miasta, gdzie łatwiej było o usługi dobrego korepetytora za przystępną cenę.

Przybory szkolnePrzybory szkolne
Przybory szkolne

Stopień wykształcenia wyznaczała zatem pozycja społeczno-eko­no­micz­na rodziców: nie wszystkich było stać na przyjęcie bony, metra czy gu­wer­nant­ki, stąd zdarzało się, że dzieci zubożałych ziemian uczęszczały do tej samej szkoły elementarnej co dzieci chłopskie. Nic dziwnego zatem, że jeszcze w końcu XIX wieku mało który ziemian w województwie kieleckim mógł się pochwalić ukończoną szkołą średnią, o uniwersytecie nie wspominając. War­tość przypisywana wykształceniu, które z uwagi na trudną sytuację fi­nan­sową majątku nie zawsze było możliwe do zdobycia (dotyczyło to zwłaszcza drugiego i kolejnych dzieci) pozostawała jednak wyznacznikiem przynależności do ziemiaństwa. Jeśli tylko istniała taka możliwość przy­go­to­wane w domu do egzaminów wstępnych dziecko wysyłano do miasta, gdzie miało kontynuować naukę: chłopcy w gimnazjach, dziewczęta na pensjach. Oznaczało to dla młodych ludzi rozłąkę z domem rodzinnym, do którego – z uwagi na znaczne oddalenie większości ziemiańskich majątków od miast – wracali zazwyczaj jedynie na wakacje, ferie i święta. Na czas nauki szkolnej rodzice oddawali potomstwo pod opiekę zaufanej osoby lub umieszczali je w bursie, prowadzonej często przez osoby z towarzystwa, gwarantujące swoim podopiecznym nie tylko dach nad głową, wikt i opierunek, ale także stosowny nadzór. Pragnienie zapewnienia dziecku odpowiedniego towarzystwa i opieki widoczne jest choćby w dużej popularności szkół pro­wa­dzo­nych przez siostry zakonne. Cieszyły się one dobrą opinią nie tylko z uwagi na wysoki poziom nauczania, ale i gwarancję właś­ci­we­go prowadzenia się wychowanek, którym wpajano surowe zasady wewnętrznej dyscypliny i posłuszeństwa względem prze­ło­żo­nych. Największym uznaniem wśród tych placówek darzono niepokalanki, nazaretanki i urszulanki. Dla większości dziewcząt edu­ka­cja kończyła się na tym właśnie poziomie – część z nich uczestniczyła jeszcze dodatkowo w kursach rolniczych, ogrodniczych czy z zakresu prowadzenia gospodarstwa domowego, mało jednak która decydowała się na studia. W rezultacie kolejny stopień nauczania zarezerwowany był niemal wyłącznie dla chłopców i, zależnie od zasobności domu ro­dzin­ne­go, oznaczał kształcenie na uniwersytecie w zachodniej Europie, rodzimej uczelni wyższej, w szkole wojskowej lub rolniczej. Młodzi mężczyźni, którzy planowali w przyszłości przejąć ojcowiznę lub starać się o posadę administratora, wybierali najczęściej tę ostatnią opcję – najlepszą renomą, jak podaje Marcin Schirmer, cieszyła się tu SGGW w Warszawie i Akademia Rolnicza w Dublanach pod Lwowem. Za niezbędne uzupełnienie studiów rolniczych uważane było odbycie rocznej praktyki w którymś z majątków ziemiańskich, gdzie przy boku administratora lub rządcy świeżo upieczony absolwent mógł zdobyć wymagane doświadczenie zawodowe. Praktykanci, którzy wykazali się w pracy wiedzą i zaradnością, otrzymywali od swych przełożonych listy polecające, które otwierały im drogę do zdobycia stanowiska plenipotenta.

Czas wspomnieć jak wyglądał dzień ziemiańskiego dziecka. Jak podaje Anna Pachocka, wstawało dość wcześnie, bo około godziny siódmej, myło się i ubierało – z pomocą bony, niani lub rodzeństwa i udawało na śniadanie. Małe dzieci, które jeszcze nie pobierały nauki, całe dnie spędzały w towarzystwie opiekunek w pokojach dziecinnych, które sytuowano zwykle na uboczu, w skrzydle czy na piętrze dworu z dala od pomieszczeń reprezentacyjnych. Większe, zaraz po śniadaniu udawały się na lekcje, które trwały aż do obiadu, po posiłku zaś miał miejsce drugi blok zajęć. W pierwszej połowie dnia uczono zwykle trudniejszych przedmiotów, natomiast godziny popołudniowe przeznaczano na lżejsze zajęcia jak nauka rysunku czy muzyki. Po lekcjach dzieci wyprowadzane były na dwór – zabierane do ogrodu, na spacer czy przejażdżkę. W zimie często nie opuszczały domu, dorośli obawiali się bowiem narazić ich delikatne zdrowie na niebezpieczeństwo nabawienia się przeziębienia, które w owych czasach łatwo przerodzić się mogło w groźną dla życia chorobę. Postawy rodzicielskie były jednak zróżnicowane: w niektórych dworach hołdowano zasadzie wyrabiania tężyzny fizycznej i odporności przez hartowanie – dzieci nie tylko mogły bawić się na śniegu, ale też bywały przymuszane do kąpieli w zimnej wodzie i chodzenia boso po domu. Gdzie indziej przeważała postawa nadopiekuńcza: jeśli już troskliwy rodzic lub opiekun zezwolił na wyjście wychowanka na dwór, dziecko było ubrane tak ciepło, że ledwie mogło się ruszać, a żywsza zabawa kończyła się nieodmiennie przegrzaniem i – w rezultacie – katarem.

Altanka dla dzieciAltanka dla dzieci
Altanka dla dzieci. Zdjęcie archiwalne

W wielu dworach dbano o to, by dostarczyć dzieciom ra­doś­ci płynącej z zabawy na świeżym powietrzu. Bu­do­wa­no w tym celu domki na drzewach, stawiano huś­taw­ki i karuzele, urzą­dzano altanki. Pojawiające się w nie­któ­rych majątkach całe place zabaw były – podobnie jak nacisk kładziony na har­to­wanie organizmu – efektem rozprzestrzeniania się od wieku XVIII idei sys­te­ma­tycz­nego rozwoju fizycznego człowieka lub – szerzej – dos­ko­na­le­nia rodzaju ludzkiego, począwszy już od naj­wcześ­niej­szych lat życia. U jej podłoża leżała nowo zdobyta wiedza o zdolności organizmu do samoregulacji: ciało z bier­ne­go przedmiotu zewnętrznych oddziaływań, za­sad­ni­czo bez­bron­nego wobec destrukcyjnego wpływu „złego powietrza”, staje się źródłem wewnętrznej siły, którą można stymulować i wzmacniać za pomocą szeregu zabiegów, które w miarę upływu czasu przeradzają się w kompleks regularnych, ściśle za­pla­no­wanych oddziaływań: gimnastyki. Największą swobodą cieszyła się dziatwa z mniej zamożnych dworów – chłopcy z uboższych ro­dzin ziemiańskich często bawili się razem z synami włościan i nieobce im było wspinanie się na drzewa, łowienie ryb czy budowanie grobli z kamieni i błota, zajęcia niegodne młodzieży wywodzącej się z arystokracji, której dozwalano co najwyżej grać w piłkę lub palanta. Repertuar zabaw letnich był ogromny: cytowani przez Monikę Nawrot-Borowską pamiętnikarze wspominają zabawy w chowanego i podchody, ziemniaczane bitwy, w których rolę amunicji spełniały kartofle, zbieranie kwiatów i owoców lasu, łapanie raków czy wyścigi ślimaków. Zimą lepiono bałwany, ślizgano się po zamarzniętych stawach, jeżdżono na sankach i obrzucano się śnieżkami. Do chłopięcych rozrywek, które w środowisku ziemiańskim uchodziły za nie tylko wskazane, ale pożądane nawet, należała jazda konna i polowania. Już 10-11-letni malcy otrzymywali w gwiazdkowym prezencie swoją pierwszą strzelbę, z którą wyruszali na łowy na okoliczne wróble, choć zdarzało się i tak, że łupem ich, wbrew rodzicielskim zakazom, padał i dorodny kogut. Podnosząca sprawność fizyczną jazda konna z kolei stanowiła nieodzowną dla ziemianina umiejętność, stąd jej opanowanie było koniecznością nie podlegającą dyskusji. W zamożnych domach chłopcy zaczynali swoją przygodę z jeździectwem od kucyków, a z powożeniem – od pom­niej­szo­nych kopii prawdziwych powozów, zaprzężonych w kozy, kuce, osiołki czy psy.  Aż do I wojny światowej aktywność fizyczna dziewcząt była z reguły ograniczona, tak konwenansami jak i strojem, do przechadzek i lekcji tańca, zdarzały się jednak domy, gdzie i dziewczynkom wolno było uczestniczyć w zabawach na świeżym powietrzu, jeździć konno, a nawet fechtować i strzelać. Uczestnictwo córek w grach plenerowych budziło zgryzotę troskliwych matek z jednego jeszcze powodu: otóż słońce psuło cerę, co mogło wystawić na szwank reputację rodziny, a zarazem i matrymonialne plany zapobiegliwych ziemianek, toteż niechcianą opaleniznę zwalczano zajadle za pomocą zsiadłego mleka i okładów z pokrajanych w plasterki ogórków.   

Gdy aura nie sprzyjała zabawom na dworze pozostawały jeszcze gry salonowe i – co oczywiste – zabawki: jak pisze Anna Pachocka przemysł zabawkarski w XIX stuleciu miał dla najmłodszych bardzo bogatą ofertę – począwszy od poczwórnych karoc i lokomotyw przez całe zestawy służące do odgrywania scen polowania, konnych wyścigów, targu czy teatru po zabawki hydrauliczne (jak chińska altana z fontanną) czy magnetyczne. Nie mogło w tej kolekcji oczywiście zabraknąć bębnów, trąbek, drewnianych karabinów i pałaszy, ołowianych żołnierzyków, miniaturowych serwisów obiadowych, koników na biegunach czy lalek o główkach z masy papierowej bądź porcelany. Ilość zabawek zależała oczywiście od zamożności rodziny – tam, gdzie pieniędzy było mniej, dzieci częściej musiały liczyć na własną inwencję twórczą: obicia salonowych mebli zmieniały się wtedy w kwitnące ogrody, kanapowe poduszki – w dzielne wierzchowce, z papieru zaś wycinano sylwetki ludzkie i zwierzęce, które w papierowych dekoracjach tworzyły ślubny orszak. W mniejszych dworach dzieci uczestniczyły także w rozrywkach dorosłych, którzy wieczorem gromadzili się by wspólnie słuchać lektury, muzykować, grać w karty bądź po prostu prowadzić rozmowy przy wykonywaniu drobnych robótek ręcznych. Po wieczerzy dziatwa udawała się na spoczynek: odmawiano pacierz, myto się i kładziono do łóżek – zwykle około godziny 21.

Bibliografia:
Bołdyrew, A. (2011) Wzorce wychowania dzieci i młodzieży jako element integrujący kulturę życia rodzinnego polskiego ziemiaństwa w dobie zaborów. W: Wychowanie w Rodzinie 1(1), ss. 53-85
Cholewianka-Kruszyńska, A. (2008) Dziecięce zaprzęgi dworskie w Polsce w XIX i XX w. W: Dwór Polski. Zjawisko historyczne i kulturowe. Materiały IX Seminarium. Warszawa: Stowarzyszenie Historyków Sztuki, ss. 513-528
Kałwa, D. (2005) Polska doby rozbiorów i międzywojenna. W: A. Chwalba (red.) Obyczaje w Polsce. Od średniowiecza do czasów współczesnych. Warszawa: PWN, ss. 221-336
Kienzler, I. (2014) Wychowanie w szkole i w domu. Dwudziestolecie międzywojenne, tom 24. Warszawa: Bellona i Edipresse
Kowecka, E. (2008) W salonie i w kuchni. Opowieść o kulturze materialnej pałaców i dworów polskich w XIX w. Poznań: Zysk i S-ka
Łozińska, M. (2010) W ziemiańskim dworze. Codzienność, obyczaj, święta, zabawy. Warszawa: PWN
Markowski, M.B. (1993) Obywatele ziemscy w województwie kieleckim 1918-1939. Kielce: Kieleckie Towarzystwo Naukowe
Nawrot-Borowska, M. (2015) O zabawach i zabawkach dzieci ziemiańskich w II połowie XIX i na początku XX wieku w świetle wspomnień pamiętnikarzy z Wielkopolski. W: Zeszyty Kaliskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, nr 15 „Ziemiaństwo”, ss. 94-123
Pachocka, A. (2009) Dzieciństwo we dworze szlacheckim w I połowie XIX wieku. Kraków: Avalon
Schrimer, M.K. (2012) Dwory i dworki w II Rzeczpospolitej. Warszawa: Wyd. SBM
Vigarello, G. (1997) Historia zdrowia i choroby. Od średniowiecza do współczesności. Warszawa: Volumen
Projekt, wykonanie, teksty i zdjęcia (jeśli nie zaznaczono inaczej) © Anna Stypuła
Wszystkie prawa zastrzeżone